strona index

ARCHIWUM - FOTO - SERWIS

powrót do kroniki

 

Napisz do nas:

© 2003 - 2014

 

WICEMISTRZYNIE TAK WSPOMINAJĄ:

 

Po zwycięstwie w finale wojewódzkim „Z podwórka na stadion”. O Puchar Tymbarku udaliśmy się na finał krajowy do Warszawy. Do naszej drużyny dołączyło pięć najlepszych zawodniczek z województwa. Gdy dotarliśmy do stolicy, udaliśmy się na Plac Defilad, tam nastąpiło oficjalne otwarcie turnieju. Wieczorem w hotelu słuchaliśmy wskazówek nowego trenera i poznawaliśmy nowe koleżanki. Następnego dnia graliśmy mecz, aby wyłonić najlepszą czwórkę w kraju. Po wygranych meczach schodziliśmy z boiska śpiewając piosenkę: „Nic się nie stało, nic się nie stało, lubelskim mecz się wygrało”. Wygrało się jeden, drugi, trzeci - jesteśmy w najlepszej czwórce w kraju. Następnego dnia gramy o awans do finału. Ten mecz też wygraliśmy 3:2. Byliśmy bardzo szczęśliwi, szczególnie mocno cieszył się nasz pan. Nikt na trybunach nie potrafił się tak cieszyć, jak pan Rosiński. Gdy na niego patrzyłam, powracały mi siły i uśmiech na twarzy. Mecz finałowy rozpoczął się na Stadionie Narodowym o godzinie 15.00. Przeciwniczkami była drużyna z małopolski. Już na samym początku wiedziałam, że nie damy rady, przegramy. I tak też się stało. Gdy schodziłam z boiska nuciłam sobie: „nic się nie stało, nic się nie stało, lubelskim mecz się przegrało”. Na trybunach Zbigniew Boniek gratulował nam drugiego miejsca. Pewnie się zastanawiał: gdzie te Momoty? Po dekoracji medalowej zostaliśmy kibicować na meczu finałowym o Puchar Polski. Szczęśliwi i zmęczeni wróciliśmy do domu. Dziękuję panu Rosińskiemu za wspaniałą przygodę i dobrą opiekę. Dziękuję tym, którzy zakupili dla nas nowe stroje, abyśmy mogli reprezentować województwo. Myślę, że nie zawiedliśmy.

Łucja Powęska

***

30 kwietnia 2014 r. pojechałyśmy na zawody piłki nożnej do Warszawy. O godzinie 7.45 była zbiórka na dworcu w Janowie i czekał na nas autokar. Pożegnałyśmy się z rodzicami. Jechałyśmy kilka godzin. Na miejscu musiałyśmy chwilę poczekać, aby pan Rosiński nas zameldował. Potem weszłyśmy do hotelu. Nazywał się „Aramis”. Było tam bardzo ładnie. Pokoje były dwuosobowe. W każdym z nich były: telewizor i łazienka. Dziewczyny z grupy U-10 miały pokoje na pierwszym piętrze, a z grupy U-12 na drugim. Następnego dnia o 6:00 była pobudka. Później śniadanie, potem pojechałyśmy na stadion Polonii, aby rozegrać pierwsze mecze. Najpierw zwiedziliśmy ten stadion, a potem siedzieliśmy na trybunach i oglądaliśmy mecz innych dziewcząt. Dziewczyny grały bardzo dobrze. Następny mecz należał do nas. Gdy weszłyśmy na boisko wydawało się nam, że przegramy, bo drużyna przeciwnika była pewna siebie. Oczywiście nie grałyśmy same. Ponieważ miałyśmy trenera z Lublina, który dołączył do nas kilka dziewczyn z różnych miejscowości takich jak: Radzyń, Świdnik, Zamość, Łęczna i Lublin. To były: Ania, Kinga, Ola, Weronika i Baśka. Były one bardzo dobre. Mocno kopały i strzelały dużo goli. Pierwszy mecz wygrałyśmy. To był bardzo duży sukces dla nas i naszego pana. Wszystkie cieszyłyśmy się z tej wygranej. Potem były inne mecze. Szliśmy „jak burza”. Przegrałyśmy tylko jeden mecz. Z grupy wyszliśmy na drugim miejscu. Następny był ćwierćfinał. Również dla nas wygrany. Wieczorem okazało się, że jesteśmy w najlepszej czwórce. To było wielkie zaskoczenie, cieszyliśmy się niezmiernie a pan Rosiński skakał z radości. Rodzice i znajomi ciągle dzwonili do nas i nam gratulowali, niedowierzając w to, co się stało. Po całym dniu zmagań wróciliśmy do hotelu. Byłyśmy bardzo zmęczone i jeszcze bardziej szczęśliwe. W piątek również pobudka była o 6.00. Po śniadaniu pojechałyśmy na stadion Polonii, aby rozegrać mecz, który zadecyduje, kto będzie grał na Stadionie Narodowym. Mimo trudów wygrałyśmy. Okazało się, że jesteśmy w finale. Gdy dojechaliśmy na stadion, to wszyscy robili zdjęcia. W końcu weszłyśmy na boisko i gwizdek sędziego rozpoczął ostatni mecz. Finał grałyśmy z Małopolską. Niestety przegrałyśmy. Było nam bardzo smutno, ale i tak odniosłyśmy sukces. Na koniec dostałyśmy wielki puchar, srebrne medale i nagrody. Do domu wracaliśmy bardzo szczęśliwe, bo zostałyśmy wicemistrzyniami Polski, czyli, że zostałyśmy drugą drużyną w kraju. Nasz starsze koleżanki z województwa lubelskiego z grupy U-12 zajęły I miejsce i 13 maja w nagrodę jadą do Niemiec. Tak zakończyła się nasza przygoda z piłką nożną. Mam wielką nadzieję, że w przyszłym roku wygramy!

Agnieszka Bielak

***

Po wygranej wojewódzkiego turnieju piłki nożnej w Zamościu, pojechaliśmy na wielki finał do Warszawy. Pierwszego dnia, po dotarciu na miejsce, rozpakowaliśmy się w pięknym hotelu „Aramis”. Następnie wszystkie drużyny z kraju, udały się na Plac Defilad. Tam Zbigniew Boniek oficjalnie otworzył rozgrywki. Drugi dzień to już nasz zmagania, aby wyłonić najlepszą czwórkę w kategoriach U-10 i U-12. Mecze rozgrywały się na stadionie Polonii Warszawa. Nasz pan trener wybierał skład, który miał grać pierwszy mecz. Wśród zawodniczek byłam również ja. Gramy! Pierwszy mecz zwycięstwo, drugi, trzeci, czwarty. Tylko jeden mecz przegraliśmy, ale trenerzy podsumowali punkty i jesteśmy w najlepszej czwórce w kraju. Jutro rano kolejny dzień zmagań, gramy o awans do finału. Następnego dnia wstałam bardzo wcześnie, trochę bolały mnie nogi i serce waliło jak młot. Ciągle powtarzałam sobie nasze hasło: „piłka to nie lalka, walka, walka, walka”. Przeciwnikami naszymi była drużyna z województwa wielkopolskiego. Ten mecz był najtrudniejszy, ale wygraliśmy 3:2 i gramy finał na Stadionie Narodowym. Jak spojrzałam na trybuny, zobaczyłam, jak cieszy się i krzyczy nasz pan, gdy zeszliśmy z boiska, chwycił mnie na plecy i wysoko podrzucał. Mówił, że jesteśmy jego mistrzyniami. Największym moim marzeniem było dojść „z podwórka na stadion”. Tak też się stało, o 15.00 gramy finałowy mecz na Stadionie Narodowy. Naszymi przeciwniczkami była drużyna z województwa małopolskiego. Jednak na tym meczu, pomimo częstych zmian, brakowało mi siły, przeciwnicy byli bardzo mocni. Przegraliśmy. Pomimo przegranej w sercu czułam ogromną radość. Gdy schodziłam z boiska Zbigniew Boniek objął mnie i powiedział: „głowa do góry i tak bardzo daleko zaszłyście”. Ania z Łęcznej chciała bardzo wygrać, po jej policzkach popłynęły łzy, ja nie byłam tak smutna, bo w oczach naszego pana i pana trenera widziałam wielką radość. Po naszym meczu zostaliśmy, by kibicować na finałowym meczu o Puchar Polski. Wczesnym rankiem, z pięknym pucharem, wróciliśmy do domu. Za te piękne chwile, chciałabym podziękować panu Krzysztofowi Rosińskiemu. Był on dla nas wspaniałym trenerem, opiekunem oraz wiernym kibicem, jakiego nie miała żadna drużyna. Dziękuję.

Urszula Powęska

Foto: Archiwum parafialne

Foto: archiwum parafialne

Dodano: 8 maja 2014 r.


do góry

 

powrót do foto-serwisuPowrót

 


Parafia Rzymskokatolicka p.w. św. Wojciecha w Momotach Górnych
Dekanat Janowski, Diecezja Sandomierska
Momoty Górne 49, 23-300 Janów Lubelski, tel. 15 87 26 112