Napisz do nas:

(C)2003-2007
Webmaster

"GAZETA MILENIJNA"

 "Gazeta Milenijna" jest pismem parafialnym ukazującym się od 2000 r. co dwa-trzy miesiące. Jej nakład jednorazowy to około 300 sztuk, co przy liczbie parafian około 1000 osób jest nakładem dosyć wysokim. Gazeta jest redagowana przez obecnego proboszcza, ks. Dariusza, a składem komputerowym zajmuje się p. Józef Łukasiewicz. Ilustracje pochodzą z archiwum parafialnego lub ze zbiorów parafian, a grafikę wykonuje p. Krzysztof Biżek mieszkający w Momotach Górnych oraz Barbara Tryka.


Dodano: 23 kwietnia 2008 r.

 

Ukazał się pierwszy w tym roku numer naszej "Gazety Milenijnej" 1 (37) 2008. W numerze między innymi:

 

Grzybobranie ks. Kazimierz Pińciurek

Wiersze - Aneta Kiszka

Jak patrzę na Anglię - Agnieszka Tarka

Rodzice rygorystyczni - Krystyna Kozak

Na momocką nutkę – relacja redakcyjna

Zdrowe zęby przez całe życie (cz. I - dzieci) - lek. stom. Agnieszka Bartyzel

Wykaz mieszkańców Momot zamordowanych w latach 1939 – 44 - Czesław Placha

 

 


 

GRZYBOBRANIE

Do naszej klasy chodziły z mojej ulicy tylko dwie koleżanki. Ponieważ brak było książek, zaistniała konieczność szukania pomocy u kolegów z innych ulic, którzy mieli podręczniki. Zaraz po wojnie nowych nie było, a stare mało kto posiadał. Kto miał jakąś książkę, miał powodzenie z danego przedmiotu. Jednak w większości trzeba było korzystać z notatek robionych podczas lekcji. Wspólnie u jakiejś koleżanki czy kolegi - bo u mnie nie było warunków - robiliśmy korektę i uzupełnienia. Zawsze, co jeden nie zdążył czegoś zanotować, albo coś przekręcił, to była okazja do poprawy. Ja lubiłem przedmioty ścisłe i języki obce, w tych przedmiotach robiłem znaczne postępy, a przez to miałem powodzenie nawet u koleżanek z ulicy Kościuszki. Ze względu na trudne warunki mało miałem czasu na jakieś rozrywki jak inni, ale nieraz i to się zdarzyło. Najczęściej wolnym czasem była sobota po południu (wtedy przed południem i w sobotę były lekcje). Po lekcjach wszyscy spoza miasta jechali do swoich domów na niedzielę, stąd było mniej towarzystwa.

I właśnie pewnej soboty październikowej trzy koleżanki z ulicy Kościuszki namówiły mnie na grzyby. Ciotka miała wtedy wykopki ziemniaków, więc brała krowy ze sobą. a ja miałem czas wolny. W drodze do lasu musiałem ich zapewnić o dobrej znajomości lasu i dlatego o zabłądzeniu nie było mowy. Trochę się przechwalałem, że nawet w nocy mógłbym iść na grzyby, co było oczywiście dużą przesadą. Przeszliśmy obok starostwa, tuż za nim był już czysty żółty piasek prawie pod sam las. Brnęliśmy więc boso po suchym piasku, jak po błocie, w kierunku Krasnego. Sandały nieśliśmy w ręku ze względu na oszczędność a z drugiej strony było nawet lżej iść, bo piasek nie wgryzał się tak w skórę. Pogoda nam dopisywała, humor też, więc droga szybko ubywała. W drodze jeszcze zapytałem czy wzięły ze sobą mydło, a gdy odpowiedziały, że im nie potrzeba, bo umyją się jak wrócą do domu, dałem spokój z pytaniami. W drodze rozmawialiśmy, jak zwykle młodzi, o wszystkim i o niczym. I tak doszliśmy do rzeki Czarnej Łady. Tu po przejściu kładki, umyliśmy nogi z piasku, założyli sandały i weszliśmy w głąb lasu. Jako przewodnik daję ostatnie wskazówki jak się w lesie zachowywać, by uzbierać więcej grzybów.

Ale niestety, te wskazówki były daremne, ponieważ one bały się odejść ode mnie choćby o krok, bojąc się, bym ich nie zostawił gdzieś w lesie. Robiłem różne zygzaki i okrążenia, by straciły orientację, a gdy to się stało, powiedziałem, że nie ma sensu dłużej tak łazić i będziemy wracać do domu. Robiłem to, by ich wystawić na próbę. Bardzo się ucieszyły, bo las dla nich był czemuś odpychający i stwarzał uczucia pewnego lęku i niepewności. Ela pierwsza z radością zawołała: „O, jak to dobrze, bo mam już dosyć tego włóczenia się po lesie”. Ewa zaś dodała: „Tym bardziej, że jest już pochmurno i nie wiadomo ile jest czasu do wieczora”. Ula zaś z przekąsem i pewnością siebie stwierdziła, że mogłaby jeszcze chodzić, bo wcale nie jest zmęczona. Faktycznie zbliżaliśmy się coraz bliżej końca lasu, ale dłuższą drogą. Udawałem, że nie mogę trafić na właściwe znaki, które by upewniały, że idziemy w dobrym kierunku. Ula wtedy powiedziała: „A tak się chwaliłeś, że znasz dobrze las”. Odpowiedziałem, iż najlepszemu grzybiarzowi się przytrafi chwilowo stracić orientację. Idziemy jednak powoli, od czasu do czasu znajdując grzyba.

I tak doszliśmy do młodej sadzonki, która dla mnie była znakiem, że już się las kończy. Po jej przejściu zobaczymy wieżę kościoła św. Magdaleny. Uznałem za stosowne właśnie tu dokonać próby. Niby bardzo zmęczony siadam na starym pniaku i wielce strapiony mówię: „Wiecie, co? Nie wiem co się stało, coś mi się w głowie pokręciło, bo naprawdę nie wiem teraz którędy wracać do domu”. Wtedy powstała wielka burza. Ula prawie z płaczem krzyczała: „Ach, ty ofermo gapowata, chwalipięto”. Ewa wtóruje: „A ty wymoczku naiwny, już ci nigdy wierzyć nie będę”. I Ela lamentuje: „Co też mamusia powie, jak późno wrócę do domu?” I tak epitety padały jeden po drugim: „łajzo żółwi”, „ciemniaku średniowieczny”, „drągalu nieokrzesany”, „gapo oślana”! Jednym słowem cala lawina oskarżeń pod moim adresem, wszystkich nie zdążyłem w pamiętniku zanotować. To mnie bardzo bawiło, bo wiedziałem, że z jednej strony chciały na mnie przelać swoją złość, a może i lęk, z drugiej zaś strony, jak dowiedzą się całej prawdy, to im więcej się teraz wyżyją na mnie, tym potem będą czuły większe upokorzenie. Dlatego ze spokojem wtrąciłem: „Wy zamiast mi coś poradzić, to jeszcze utrudniacie myślenie, a przez to wypadnie nam w lesie nocować”. Wtedy Ewa ze złością zawołała: „W pole nas wyprowadziłeś i jeszcze nas straszysz?” Ja zwracam jej uwagę, że nie w pole tylko do lasu. Ela, córka urzędnika, mając większy zasób słów, mruczy: „Prawdziwy cynik”. Tymczasem czując, że wszelką złość już na mnie wylały, dotykając ręką czoła mówię „A jednak już sobie przypomniałem. Za tą sadzonką powinny być dwa domki. Jest późno, więc tam będziemy mogli przenocować”. Wtedy Ewa z rozpaczą: „No, nie wariat? Chce byśmy sukienki podarły, twarze podrapały”. Ela zaś lamentuje: „Co mi mamusia powie?” Ewa ją pociesza: „Powiesz, że z wariatem poszliśmy do lasu i tak nas wykiwał”. Ale Ela nie zgadza się: „Co to, to nie. Ty nie znasz mojej mamusi. Zaraz by krzyczała: - A ty taka i owaka, to nie masz chłopaków normalnych, tylko się z wariatami zadajesz i jeszcze z takimi do lasu chodzisz? Bój się Boga. Chcesz na siebie sprowadzić nieszczęście jak Teresa? A tyle razy cię ostrzegałam, żebyś z byle kim się nie zadawała….”

Ale innego wyjścia nie miały. Wśród lamentów i narzekań wchodzimy w gęstwinę. Ten krótki odcinek był dla nich naprawdę męką, tyle tylko, że krótką, bo szybko wychodzimy z tej gęstwiny i wtedy przed nami jak na dłoni ukazuje się wieża kościoła św. Magdaleny i panorama całego miasta. Można się było spodziewać wielkiej radości z ich strony, ale stało się inaczej. Najpierw oniemiały, stanęły jak wryte. Za chwilę, stwierdziwszy jak z nich zakpiłem, wpadły w nowy szał złości wołając na przemian: „A ty łajzo przewrotna, ty ofermo zakłamana, języku zdradliwy, flaku nieczyszczony, łbie koński, wymoczku bezwstydny, gburze nieokrzesany…” Były pewne, że po takich epitetach zacznę się tłumaczyć, a nawet złościć, a widząc, że ja sobie nic z tego nie robię, prawie razem zawołały: „Od dziś koniec z nim. Nie chcemy go znać. Zrywamy na zawsze.” A ja w duszy myślałem: „spokojnie”. Nie „na zawsze”, tylko do czasu, dopóki nie będzie trudnego zadania z matematyki lub łaciny.

I tak wśród wyrzutów pod moim adresem, brnąc po piachu zbliżamy się coraz bardziej do miasta. Im bliżej domu tym czułem jak łagodniały w wyrażeniach, coraz mniej wyrzutów, a więcej o szkole, o zadaniach na poniedziałek, a gdy doszliśmy do ulicy Kościuszki i przyszedł czas na rozstanie, wtedy całkiem się rozkleiły. Ewa rzekła: „A jednak mimo wszystko było wesoło, no nie?” Ula zaś dodała: „Nie tylko wesoło, ale fajnie”. Ela zakończyła: „Nawet wspaniale”!

ks. Kazimierz Pińciurek

 

do góry

NA MOMOCKĄ NUTKĘ...

2 lutego 2008 r. w Szkole Podstawowej w Momotach Górnych odbyło się spotkanie „Na momocką nutkę...”. Było ono podsumowaniem działań podjętych jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia mających na celu popularyzację lokalnych tradycji i obyczajów związanych ze Świętami Bożego Narodzenia. W ramach działań ogłoszone zostały konkursy dla uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych: literacki: „Święta Bożego Narodzenia w mojej rodzinie”, plastyczny: „Widokówka z mojego regionu”(pejzaż lub fotografia w zimowej scenerii), multimedialny: „Przesłanie bożonarodzeniowe” oraz konkurs kolęd i pastorałek. Dla rodzin został ogłoszony konkurs na regionalną rodzinną potrawę świąteczną. Organizatorami spotkania były: Lokalna Grupa Działania „Leśny Krąg”, Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Społecznych „Adalbert”, Publiczna Szkoła Podstawowa w Momotach Górnych i Parafia pw. Św. Wojciecha w Momotach Górnych.

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 10.00 w nowym budynku szkoły. Na spotkanie przybyli uczestnicy konkursów, uczniowie szkół podstawowych i gimnazjalnych z terenu naszej gminy, mieszkańcy Momot Górnych i okolic oraz zaproszeni goście, wśród nich przedstawiciele lokalnych władz samorządowych. Po powitaniu gości przez organizatorów odbył się konkurs kolęd i pastorałek dla przedszkolaków i dzieci z klas I-III szkół podstawowych. Konkurs przeplatany był występami wokalnymi Moniki Rapy. W konkursie wzięło udział 25 dzieci. Wszystkie zostały nagrodzone nagrodami książkowymi. Jury wyróżniło występ Wiktorii Stolarek z Publicznego Samorządowego Przedszkola nr 1 w Janowie Lubelskim. Wykonała ona dwa utwory „Świeć gwiazdeczko mała świeć” i „ Bosy pastuszek”.

W przerwie wszyscy uczestnicy spotkania udali się na poczęstunek przygotowany przez organizatorów. Degustowano również regionalne potrawy przygotowane na konkurs przez miejscowe rodziny. Po przerwie organizatorzy wręczyli dyplomy i nagrody z poszczególnych konkursów.

Spotkanie przebiegało w bardzo ciepłej atmosferze nawiązującej do minionych Świąt Bożego Narodzenia. Laureaci i wyróżnieni uczestnicy konkursów otrzymali ciekawe nagrody zarówno książkowe jak i rzeczowe. Obok zmagań konkursowych można było podziwiać ozdoby świąteczne wykonane przez Bronisławę Jargieło z Momot Dolnych, degustować świąteczne potrawy, słuchać kolęd i pastorałek wykonywanych zarówno przez dzieci jak i przez starszych mieszkańców tutejszych miejscowości.

Spotkanie było prowadzone przez ks. Dariusza Sochę proboszcza parafii pw. Św. Wojciecha w Momotach Górnych i panią Janinę Skubik, przewodniczącą Lokalnej Grupy działania „Leśny Krąg”. Nad przebiegiem czuwali przedstawiciele Stowarzyszenia „Adalbert”: Renata Grzegórska i Krzysztof Biżek. Nad oprawą muzyczną p. Tomasz Tylus, nauczyciel muzyki z miejscowej szkoły.

Wspólne śpiewanie kolęd zakończyło spotkanie.

do góry

Aktualizacja: 23 kwietnia 2008 r.


 "GAZETA MILENIJNA" - Redaguje zespół.  Adres Redakcji:

Parafia Rzymskokatolicka p.w. św. Wojciecha w Momotach Górnych
Dekanat Janowski, Diecezja Sandomierska
Momoty Górne 49, 23-300 Janów Lubelski, tel. (0-15) 87-26-112