Napisz do nas:

 

 

(C)2003-2011
Webmaster

Z PAMIĘTNIKA KS. PIŃCIURKA

 

OKRES WOJNY I ZNAKI OPATRZNOŚCI BOŻEJ

 

Po wkroczeniu wojsk niemieckich, już pierwszego dnia zostali aresztowani młodzi księża, lekarze, nauczyciele. Szkoły zamknięte, otwarto tylko Szkołę Podstawową, gdzie rozpocząłem V rok nauczania. Atmosfera była wtedy bardzo smutna. Pamiętam, że pani wychowawczyni poprosiła mnie, abym z nią poszedł do jej domu. Tam przygotowała obiad i poleciła mi zanieść go do więzienia, by oddać jej mężowi. Nie wiem dlaczego mnie wybrała. Z jednej strony byłem smutny, gdy widziałem smutne twarze, ale z drugiej strony byłem dumny, że mogłem w tak krytycznej chwili w jakiś sposób spełnić przysługę. Później Niemcy uwięzionych wywieźli w nieznanym kierunku. Co jakiś czas dochodziły wieści, że ten i ów zmarli w więzieniu, jak np. ks. Samolej, lub zginął.

Dni mijały w strachu, głodzie i niepewności. W obliczu tylu aresztowań, rozstrzeliwań, niewiadomo, za co, strach ogarniał coraz więcej każdego. Dla mnie najgorsze były dni głodu, wieczornych dialogów i niepewność jutra. Kiedy było regularne wojsko niemieckie, było pół biedy. Wielu mieszkańców szło pod jednostkę i z garnuszkami czekało na resztki zupy, jakie zostawały po żołnierzach. Wtedy te resztki rozdawano biedocie. Był to dla nas obraz żałosny i poniżający, ale rzeczywisty. Gorzej było po odejściu wojska. W ich miejsce zaczęła działać żandarmeria, a jeszcze gorzej było, gdy władzę obejmowało gestapo. Każdy wychodząc z domu, nie był pewny czy wróci. Wystarczyło, że coś się takiemu gestapowcowi nie spodobał jakiś człowiek, a już był zabierany, przesłuchiwany, w razie podejrzeń wysyłany do obozu albo rozstrzeliwany. Powoli i do tego musieliśmy się przyzwyczaić.

Z trudem i bojaźnią szło się do szkoły i z niej wracało. Dla mnie ciężar był podwójny: wojna i ciężkie warunki domowe. Początkowo myślałem, że ojciec przestanie pić, skończą się wieczorne dialogi, że więcej zadba o dom. Daremna była moja nadzieja. Okazuje się, że od tej choroby nie jest łatwo się uwolnić, tym bardziej, że Niemcy robili wszystko, by Polaków rozpijać. U mnie przeszła klasa V i VI. Klasa VII była wyjątkowo łatwą. Świadectwo z dnia 27 czerwca 1942 roku pisane w języku niemieckim i polskim było pomyślne. Miałem sehr gut czyli bardzo dobry ze wszystkich przedmiotów, tylko dobry z polskiego, rysunków i śpiewu. Z polskiego, bo mój język był bardzo szczupły i skąpy w używaniu wyrażeń. W naszym środowisku mowa była prosta, o małym doborze słów. Do pomocy dla zaakcentowania czegoś używało się często słów posiłkowych wziętych z języka ulicznego, np. „kura”, „zupa”, wuj”, „równo”, „cholewa” itp. Jednak wiadomo, w szkole tych słów używać nie mogłem, a przez to trudno mi było jasno wyrazić jakąś treść, którą chciałem napisać czy przekazać. Choć, gdy potrzeba było w klasie czytać coś głośno, to pani często mnie zlecała. Dla mnie najmilsze przedmioty były ścisłe jak matematyka, fizyka, chemia.

Na jesieni powstała jedyna Dwuletnia Szkoła Handlowa, więc się zapisałem. Z wielkim zapałem uczyłem się przedmiotów, które skądinąd były dla mnie bardzo ciekawe, np. towaroznawstwo, matematyka handlowa, język niemiecki, reklama. Pokładałem wielką nadzieję licząc, że po dwóch latach będę mógł pracować w handlu. Niestety po kilku miesiącach, 28 lutego 1943 roku, szkoła została otoczona żandarmerią. Kto roślejszy, to był przeznaczony na przymusowe roboty do Rzeszy. Żal niesamowity i lęk, co nas teraz czeka. Rodzice robili wszystko, aby nas uchronić i wyzwolić. Niektórym się udało, inni zaczęli potajemnie się ulatniać. Ja początkowo takich planów nie miałem, bo miałem nadzieję, że gorzej mi nie będzie. Na przelotowym przystanku w Zamościu, w nocy, udało mi się uciec. Pieszo, w drewniakach tzn. butach o drewnianych podeszwach, szczęśliwie wróciłem do domu. Musiałem się ukrywać, zwłaszcza w nocy, gdyż Niemcy lubili wpadać do domu i robić rewizję, penetrując wszystko. Ukrywałem się przeważnie w dołach na kartofle. Mimo mrozu trzeba było się słomą przykrywać i czekać kolejnego ranka. Sama ucieczka i dojście do domu było wielkim znakiem Opatrzności Bożej. Tyle miałem punktów niemieckich i jakoś nikt mnie nie zaczepił. Może dlatego, że szedłem w drewniakach i to bardzo śmiało, więc żaden z Niemców nie podejrzewał mnie o złe zamiary.

Drugim znakiem opieki Bożej było takie zdarzenie. W czerwcu rozeszła się wieść, że będzie wielka akcja w mieście, celem wyłapywania partyzantów, którzy coraz więcej sobie poczynali, atakując w różny sposób okupanta. Wszyscy młodzi kryli się, gdzie kto mógł. I ja znalazłem kryjówkę, gdzie rano się schowałem. Około 10 słyszałem strzały, to był znak, że akcja trwa i trzeba mieć cierpliwość, by z kryjówki nie wychodzić. Niestety, w południe byłem tak głodny, że wyszedłem, by coś zjeść, choćby surowego kartofla. Wszedłem do mieszkania, nawet nie zamknąłem w pośpiechu drzwi; patrzę, a tu na podwórze wchodzą uzbrojeni po zęby Niemcy. Struchlałem ze strachu. Nie wiedziałem co robić, gdzie uciekać. Na podwórzu, na ulicy Niemcy, a tu słyszę wołanie: „Jest kto?” Ja milczałem, będąc w drugim mieszkaniu. Niemiec do środka nie wszedł, jeszcze raz zawołał: „jest, kto?”, a nie mając odpowiedzi odszedł, zajrzał do obory, stodoły i wrócił na ulicę. Wtedy jeść mi się już odechciało, uciekłem do kryjówki i siedziałem tam do wieczora. Najpierw wyszedł ojciec z kryjówki, potem brat, aż w końcu i mnie zawołali. To był drugi znak dla mnie, że Ktoś nade mną czuwa. Tym bardziej, że dowiedziałem się, że kolega z ulicy Czerwonego Krzyża, będąc w takiej samej sytuacji jak ja, nerwowo nie wytrzymał i skoczył do okna, padł strzał i zginął na miejscu.

Wreszcie znak trzeci Bożej Opatrzności. Na początku lipca, rano, byłem na naszej działce. Pracowałem przy pomidorach i nagle zauważył mnie patrol niemiecki, sądzili, że się ukrywam jako partyzant. Postawili pod płot i repetują broń, by mnie rozstrzelać. I wtedy przed moimi oczami mignęła jakaś tyczka, która opadła między mną a Niemcami. Jednocześnie przez płot przeskakuje jakiś człowiek. Był to inżynier Tomaszewski, który szukał dogodnej trasy pod budowę leśnej kolejki Lipa-Biłgoraj. Gdy zorientował się, że zanosi się na egzekucję, zaczął tłumaczyć Niemcom, że ja tu czekałem na niego, by nosić tę tyczkę. Udało się, niemiecki patrol uwierzył w te wyjaśnienia. Byłem uratowany.

Od tego momentu zostałem pracownikiem wspomnianego inżyniera. Pomagałem przy pomiarach, a potem przy wyrębie sosen w lesie na trasie Dąbrowica-Bukowa. Przy okazji wciągnąłem do tej pracy paru kolegów z naszej ulicy. Po otrzymaniu legitymacji pracowniczej „Dienstausweis” nr 9 byłem bardziej bezpieczny i zarabiałem parę złotych, choć zarobki były bardzo mizerne. Były za duże żeby umrzeć, a za małe, aby żyć. Przynajmniej jednak nie musiałem się już z ukrywać.

Wcześniej czepiałem się wielu robót. Zarząd Miasta zawarł ze stryjem umowę, jako murarzem, że będzie rozbierać pozostałe mury po spaleniu, czyścić i układać w „metry”. Z tego i ja chciałem skorzystać i dołączyłem się do tej roboty. Waliliśmy sterczące szkielety murów, czyściliśmy cegłę i układali. Pamiętam, kiedy układaliśmy taki metr, stryj się w przerwie przyglądał mojej robocie i razu pewnego powiedział: nawet może z ciebie będzie murarz, bo robota ci sprawnie idzie. Dla mnie nie była to zbyt wielka pociecha, jako że murarka mi nie odpowiadała. Dorywczo pracowałem u ogrodnika. Ten fakt mnie skłonił do uprawy warzyw na naszej działce, by nie chodzić na dożywianie na dworską marchew pastewną. Z malarzem malowałem szyldy do sklepów. Owszem nawet lubiłem tę robotę. Wykorzystywałem ozdobny alfabet, jakiego nauczyłem się w handlówce. Porzuciłem jednak i tę robotę, bo majster był jeszcze większym alkoholikiem niż ojciec i nie widziałem żadnych szans na przyszłość w tej pracy. W lecie pasłem u ciotki krowy, bo dostawałem podwieczorek, czasem parę złotych, a najważniejsze, że gdzieś od godziny 11 do 16, jak było ciepło, mogłem się kąpać przy młynie, czy robić coś na działce. Gdy nie było żadnej roboty, to karczowałem łąkę z łozy tj. z krzewów zarastających łąkę. Wreszcie po zdarzeniu nad rzeką pracowałem z inżynierem przy wytyczaniu trasy na leśną kolejkę Lipa-Biłgoraj. Wszystkie roboty czyniłem za psie pieniądze. Czasem zarobiłem bochenek chleba na dzień, czasem tylko pół. Przypominam sobie jak u ogrodnika od południa do wieczora woziłem taczką obornik na grzędy i dostałem na pół bochenka chleba. Dziś nikt by nie chciał tego robić za 10 całych bochenków. Oczywiście mogłem pracować z ojcem, ale w kuźni robił starszy brat, a jeszcze starszy był w Rzeszy na przymusowych robotach, więc sądziłem, że jak wróci, to nadal będzie z ojcem pracować, więc ja nie miałem żadnych szans. W tej wędrówce „od Annasza do Kajfasza”, czyli od jednej do drugiej pracy, dochodziłem do wniosku, że człowiek musi w życiu najpierw się dużo uczyć, by wiedzieć, co robić, jak robić, w jakim celu robić, by nie było wegetacji w pracy, w zysku dla siebie i dla innych. Dlatego marzeniem moim było doczekać takich czasów, gdy nauka będzie dla mnie dostępna. Miałem tą nadzieję, że to się stanie.

(+ ks. Kazimierz Pińciurek)

 


            do góry 

Dodano:
13.12.2008 r.

 


Parafia Rzymskokatolicka p.w. św. Wojciecha w Momotach Górnych
Dekanat Janowski, Diecezja Sandomierska
Momoty Górne 49, 23-300 Janów Lubelski, tel. (0-15) 87-26-112